ZEGAR i KALENDARZ

Start arrow GTGK "Sępik" arrow Relacja z wyprawy do Szwajcarii 2009
Relacja z wyprawy do Szwajcarii 2009 Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Administrator   
23.02.2010.

Gdzie surowy

MNICH

pilnuje rozchwytywanej

DZIEWICY,

czyli kraina czterotysięcznych

GÓR

i kilometrowych

TUNELI

SZWAJCARIA

[sierpień 2009]

 

Nareszcie, ziściło się. Moje górskie podboje zatoczyły większy krąg, wytyczając mi ścieżkę  w wymarzone Alpy Berneńskie. Dotychczas wędrowałem jedynie w polskich górach, którymi zachwycałem się od najmłodszych lat. Jednak chęć poznania uroków odległych krain górskich była tak duża, że wszystkie książki literatury górskiej, które wpadły w moje ręce czytałem bez wytchnienia, a kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu w Alpy Berneńskie, nie zastanawiając się długo, zgłosiłem uczestnictwo w wyprawie organizowanej przez PTTK Ziemi Gorzowskiej/ Klub Górski PTTK „SĘPIK”.

Na dwa miesiące przed wyjazdem zacząłem intensywnie przygotowywać się do wyprawy- jogging i szybkie przebieżki były kręgosłupem treningu kondycyjnego. Aby uzupełnić wiedzę
o Szwajcarii, czytałem wiele przydatnych informacji z forów internetowych oraz przewodników.
No i oczywiście drogocenny sprzęt, którego albo nie było albo był do wymiany. Czyli całe dwa miesiące były zlepkiem zaangażowania, poświęconego czasu, cierpliwości, nie wspominając
o roztapiających się jak śnieg pieniądzach.

W końcu nastał dzień wyjazdu. Całą, ponad trzydziestoosobową grupą siedzimy już
w autokarze, który lada moment przeniesie nas  z Gorzowa Wlkp. do upragnionej krainy gór i tuneli- Szwajcarii. Jeszcze tylko czułe pożegnania z bliskimi i 3...2...1... ruszamy w drogę!!!

 

 

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

 

Szwajcaria wita nas niezbyt czule, ukazując swoją pochmurną sylwetkę na tle złowrogo grzmiących w oddali piorunów. Jednak zbliżając się do miejsca docelowego Interlaken- odsłania swoje wdzięki w sposób tak zmysłowy, że dla wielu, również i dla mnie, jest to miłość od pierwszego wejrzenia.

Interlaken, miasto leżące w kantonie Berno,  otoczone grzbietami górskimi, bajecznie wciśnięte między dwoma jeziorami: Thun i Brienz. Jest naszą bazą noclegową, a poza tym pełnym gwaru i ruchliwości ośrodkiem turystycznym, gdzie spotykamy ludzi wszelakiego pochodzenia.

Miasto „między jeziorami” jest znakomitym miejscem wypadowym w Alpy Berneńskie (Region Jungfrau) oraz rajem dla paralotniarzy. Na szczególny podziw zasługuje sieć kolejowa, której tory poprowadzą turystów, wszędzie tam, gdzie tylko zapragną, oczywiście za odpowiednią sumę.

Wreszcie dojeżdżamy na miejsce biwakowe. RiverLodge znajduje się nad brzegiem rzeki Aare (Interlaken- Ost). Jest znakomicie położonym kempingiem z rozwiniętym zapleczem sanitarnym. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza, zsyłając nieustający deszcz, wiec namioty rozbijamy nad wiatą, przenosząc je następnie na miejsce obozowe. Taka pogoda raczy nas jeszcze przez dwa niekończące się dni.

 

 

PIERWSZE NIEŚMIAŁOŚCI PRZEŁAMANE

 

Najwyższy czas na pierwsze spotkanie z Alpami. Ze Stechelbergu (910 m)- wioski w dolinie Lauterbrunnen- wraz z Edytą i Januszem odłączamy się od grupy i zmierzamy do wspólnego celu jakim jest Berghotel Obersteinberg (1778 m). Na początku szło nam się zupełnie dobrze i szybko, lekko pod górę. Jednak po pewnym czasie zaczął męczyć nas teren zalesiony. Chcemy już opuścić tą strefę, aby w końcu napawać się oszałamiającymi widokami gór. Nareszcie docieramy do Busengrat (1940 m), gdzie chłodne powiewy wiatru wraz ze znakomitą scenerią oddziałują na nas na przemian. Czujemy, że nasz cel jest niedaleko, więc po wypiciu paru haustów gorącej herbaty, poprzez lekko eksponowany grzbiet górski, docieramy do Berghotel Obersteinberg (1778 m). Zadowoleni, chłonąc uroki naturalnej scenerii połatanych śniegiem gór, zażywamy zimnego regionalnego piwa Rugenbräu, które kosztuje znikome 4 CHF za 0,33 l. Ale za tego rodzaju bezcenne doznania w górach trzeba płacić i to słono!!!

Pierwsze nieśmiałości przełamane, pierwsze odczucie zmęczenia zanotowane w bolących mięśniach. – Dobra, męcząca przebieżka- mówimy do siebie- schodząc już do Stechelbergu.

A wieczorem zaplanowana integracja grupy przy kilku butelkach wina umila nam czas płynący w stronę  następnych alpejskich podbojów.

 

 

ZMYSŁOWA, NIEZAPOMNIANA PĘTELKA

 

Zapowiada się następny dzień pełen wrażeń, ponieważ zaprasza nas na swoją wysokość (2970 m) Schilthorn- Piz Gloria (obrotowa restauracja na szczycie), gdzie kręcono zdjęcia do Jamesa Bonda w 1969 roku- „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Wjeżdżamy na szczyt Schilthorn (2970 m)  kolejką linową ze Stechelbergu- Talstation Schilthornbahn (910 m) przez stacje pośrednie- Mürren (1638 m) i Birg (2677 m).

Na samej górze widoki zapierają dech w piersiach. Przed naszymi oczami ukazuje się „Wielka Trójka” (Dreigestirn- Trzy Gwiazdy)- Eiger, Mönch i Jungfrau. W całej swej okazałości prezentują ośnieżone sylwetki, jakby pozowały wraz z odbijającymi się od nich promieniami słońca. Wszystkie oczy również spoglądają na lądujący helikopter, który po chwili przerażająco pikuje w dół jak kamikaze.

Niesamowitej scenerii towarzyszy chęć odbycia niezapomnianej wędrówki w okolicach Schilthornu. Dłużej się nie zastanawiając, wchodzimy na szlak czerwony. Docieramy do śmiałego znaku przedstawiającego czerwoną obwódkę z wciśniętym w środek butem na wysokim obcasie.
Po cichu na pewno wielu z nas oczami wyobraźni przenosi ten jakże brakujący znak w polskie góry. Od czasu do czasu nasz szlak jest ubezpieczony linami. W jednym miejscu napotykamy na sporą płachtę pozostałego śniegu, która sprawia nam nie lada atrakcję. Widzimy również dwie kozice alpejskie, które rozdzielając się, uciekają w przeciwnych kierunkach. Zieleń przeplata się ze skałą,
a na wysokościach domki w dolinach wyglądają jak miniaturowe pudełka zapałek.  Po kilku godzinach zdrowego marszu, czas na odpoczynek i posiłek na kamieniach wokół zmysłowych krajobrazów górskich na przełęczy Kilchfluhpass (2454 m). Niesamowitą scenerię uzupełniają wścibskie krowy,  które, rozkoszując się trawą, podchodzą niespodziewanie blisko. W końcu ile to można przeżuwać  trawę, jeżeli nieznajomi przybysze mają ciekawsze menu w plecakach.

Po dość długim wylegiwaniu się na prażącym słońcu ruszamy dalej. Pełni energii
i entuzjazmu, pełną parą, zmierzamy szlakiem wzdłuż wąwozu. Dochodzimy do oznakowania, lekkie zastanowienie, i po chwili kierujemy się już w stronę Bietenlücke (2639 m). Niestety z daleka wyglądające łagodnie zbocze, z bliskiej perspektywy staje się wyczerpującą pogonią na szczyt po stromej, piargowej powierzchni. Doskwierające słońce współgrające z ciężkim plecakiem dają się we znaki w postaci spływających ciurkiem po czole i nie tylko kropli nieznośnego potu.

W pewnej chwili ze skalnego nawisu odrywa się kilka kamieni, które powodują małą lawinę, o mało co nie okaleczając jednej osoby. Strach działający na wyobraźnię spotęgował siły, które szybko doprowadzają mnie na szczyt przełęczy o niesamowitych walorach widokowych. 

            Zmagania ze stromizną i piargiem opłaciły się, ponieważ przed oczami wyrasta niespotykany dotąd widok na „Wielką Trójkę”, która w całej swej mrożącej w żyłach okazałości wygląda naprawdę imponująco. Krótka sesja zdjęciowa i troszkę dłuższy odpoczynek, który kończy się wraz
ze spojrzeniem na zegarek. Do ostatniego zjazdu kolejką mamy mało czasu, a drogi jeszcze sporo przed nami. Już teraz wiemy, że nie uda nam się wejść z powrotem na Schilthorn (2970 m), więc wybieramy wariant zjazdowy ze stacji Birg (2677 m).

            Mocno już zmęczeni, dochodzimy do Schilthornhütte (2432 m). Stąd, aż „tylko” około jednej godziny drogi do pośredniej stacji kolejki. W końcu męczarni nadszedł kres- „malutka”, zmysłowa pętelka zaliczona. Na stacji Birg (2677 m) biorę ostatni łyk wody, rozkoszując się raz jeszcze przepięknym obrazem alpejskim, jakim są szwajcarskie czterotysięczne gwiazdy- Eiger, Mnich
i Dziewica.

            Choć dzień był niesamowicie wyczerpujący to podczas zjazdu kolejką linową już myślę
o następnych dniach pełnych nieodzownego wysiłku, no i oczywiście niezapomnianych wrażeń.

 

 

INTYMNOŚĆ NA WYSOKIM POZIOMIE

 

            Kolejny dzień wita nas promieniami słońca docierającymi z bezchmurnego nieba. Idealny dzień na kolejną przygodę w górach. Cel wyprawy: schronisko Bäregg u stóp malowniczej wioski górskiej Grindelwald. Wyruszamy z Grindelwaldu (1034 m), docierając do Gletscherschlucht

(1014 m), a następnie ostro w górę dochodzimy do budzącego podziw wąskiego wąwozu, w którym płynie niespokojna woda z wyżej usytuowanego lodowca. Drewnianą kładką przechodzimy na drugą stronę głębokiego wąwozu i pniemy się wyraźnie w górę. Widoki przepiękne, a niebo przejrzyste. Zmęczenie staje się już odczuwalne, lecz scenerie jak z widokówek niwelują oznaki wysiłku.

            Nareszcie ukazuje się budynek Berghaus Bäregg (1775 m), gdzie spokojnie można odpocząć po trudach wspinaczki i uzupełnić energię. Niektórzy natomiast, w tym i ja, suną po tzw. „stempel” schroniska na pamiątkę.

            Kiedy już nabraliśmy krzepy połowa grupy rusza dalej niebieską, alpinistyczną trasą, natomiast pozostali odpoczywają na łonie natury. Po kilkuset metrach napotykamy na znak ostrzegawczy mówiący o niebezpieczeństwie spadających kamieni. Przemierzamy ten odcinek szybkim, zdecydowanym krokiem, uważnie się rozglądając. Po kilkudziesięciominutowej wędrówce w górę napotykamy oznakowane owce, które nie zważając na stromiznę, uciekają od naszego towarzystwa. Po chwili wchodzimy w niezbyt przyjemne, grząskie błoto na szlaku. Kilka minut podejścia i już opalamy się na bocznej, trawiastej platformie, która jest wspaniałym punktem widokowym na panoramę lodowca i otaczających szczytów. Intymne chwile górskich spojrzeń na długo pozostają w pamięci.

            Ponieważ czas nas goni, postanawiamy tą samą trasą wrócić do Berghaus Bäregg (1775 m), gdzie nie spotykamy nikogo z naszej ekipy, która już postanowiła wcześniej schodzić. Kilka szybkich oddechów i ruszamy za śladami naszych towarzyszy z wyprawy, ponieważ chcemy zdążyć na umówioną godzinę zbiórki na dole.

 

 

SZCZYPTA ADRENALINY

 

            Emocje jeszcze nie opadły po ostatnich przeżyciach, a tu następne górskie wyzwanie- Schwarzhorn (2928 m). Wczesnym rankiem ruszamy do Grindelwaldu (1034 m), aby tam wsiąść
w lokalny środek transportu. Autobus, po niesamowicie wąskiej i krętej drodze (wspomagając się podczas zakrętów głośnym i denerwującym sygnałem ostrzegawczym), dowozi nas na miejsce zwane Grosse Scheidegg (1961 m), skąd zaczynamy wędrówkę.

            Jest dość zimno i mgliście, wiec pełni niepokoju co do pogody, niepewnie brniemy naszym szlakiem. Co chwila w ukazujących się prześwitach  mgły widoczne są kawałki wysokich gór, które wyniośle, choć sporadycznie ukazują swe ośnieżone wierzchołki.

            Kiedy dochodzimy do rozwidlenia szlaków na Schwarzhorn (2928 m), ukazują się upragnione promienie słońca, a mgła opada. Znów grupa dzieli się na dwie frakcje: jedni wyposażeni w uprząż, lonże oraz kuraż pchają się na tzw. górską drogę utrudnioną, wspinaczkową (oznaczoną na niebiesko- Klettersteig- via ferrata). Drudzy idą szlakiem koloru czerwonego, bez utrudnień wspinaczkowych, jednak również stromym i niebezpiecznym.

            Z daleka pięć dużych, wiszących na pionowej ścianie drabin robi niesamowite wrażenie,
a z bliska „daje szczyptę czystej adrenaliny”. Często stalowa lina zabezpiecza newralgiczne miejsca szlaku, prowadząc urwistą granią do drabin, a następnie na sam szczyt Schwarzhornu (2928 m).

            Niestety krajobrazy nadal są częściowo ograniczone, jednak wrażenia przezwyciężają walory widokowe, które schodzą na dalszy plan. Na szczycie obcokrajowiec robi naszej ekipie kilka zdjęć, po czym chwile euforii ze zdobycia wierzchołka zamieniają się w myśli o powrocie. Jeszcze raz kilka spojrzeń na otaczającą górską rzeczywistość widzianą z prawie trzytysięcznej góry, no i niechybny powrót.

            Wracamy już czerwonym szlakiem, wiec uprzęże i inny sprzęt wspinaczkowy leżą już upchnięte w plecakach. Spotykamy Słowaków, którzy wskazują nam drogę powrotną spadzistą granią, nazywając ją „małą Orlą Percią”. Idziemy wskazaną drogą, która w niektórych miejscach również jest ubezpieczona. Dochodzimy do piargowego zbocza, którym schodzimy na dół. Kierując się na First (2168 m), mamy wspaniały widok na trójkątną, majestatyczną, pionową ścianę Wetterhornu (3701 m), która imponuje i trwoży.

            W drodze do Grindelwaldu (1034 m) z oddali słyszymy przerażający huk niesamowitej ilości ton opadającego śniegu. Lawina śnieżna zafundowała nam obraz wieńczący kolejny fascynujący dzień.

 

 

W LUSTRZE POŻĄDANIA

 

            Ostatni dzień wypadu górskiego. W planach to dzień spokojny, bez większych emocji. Dojeżdżamy do pięknie położonego miasteczka Kandersteg (1174 m), skąd startuje wyciąg do Jeziora Oeschinensee (1593 m). Większość wybiera opcję wjazdową, ja natomiast w pojedynkę zamierzam stawić czoła tej trasie. Drogowskaz wskazuje 1 h 10 min. jako czas dojścia do jeziorka, ja szybkim krokiem pokonuję trasę w niespełna 40 min., zrównując się niemal z wjeżdżającymi.

            Widoki niesamowite. Wielu dopada wrażenie, że Jezioro Oeschinensee to odpowiednik Morskiego Oka tylko o znacznie poszerzonych horyzontach swobody. Można tam wypożyczyć łódkę, wykąpać się bądź psa i nikt z tego nie robi problemu, a i tak jest zadziwiająco czysto i przejrzyście. Tylko pozazdrościć, bądź po prostu nauczyć się kultury!

            Czas na dwugodzinny wypoczynek, który odpręża i relaksuje, szczególnie w tak niesamowitym górskim plenerze. Pożądane widoki całkowicie spełniły moje oczekiwania, które jak
w lustrze odbijały się w tafli jeziora Oeschinensee.

 

 

POZOSTAJE TYLKO TĘSKNOTA

 

            Obiecałem sobie, a czas zweryfikuje wypowiedziane w głębi duszy słowa, że kiedyś odwiedzę jeszcze Alpy Berneńskie, aby zdobyć się na jeden a może nawet kilka imponujących czterotysięczników, które wyryły w skale i śniegu moją zapowiedź.

Pozostaje tylko uzależnienie i powrotny autobus po brzegi wypchany niezapomnianymi przeżyciami.

 

 

 

RADOSŁAW  WACHNIK

 

 
następny artykuł »